Jestem już w domu i bez emocji mogę podsumować regaty, które ukończyłam na trzynastej pozycji. Jest to miejsce, na które było mnie aktualnie stać oraz takie, które pozostawia niedosyt. Realnie mogłam sięgnąć po 8-9 miejsce. Nigdy nie jeste za późno, by było jeszcze lepiej.
Przez sześć dni rozegrano dwanaście wyścigów przy wiatrach od 8 do 18 węzłów. Tylko w pierwszym wyścigu wiało najsłabiej. Pierwszy dzień był nieudany, czym się nie zraziłam i przez całe regaty pięłam się z 40 pozycji do góry. Wylosowałam dobrą łódkę. Maszty po tak silno wiatrowych regatach w ogóle się nie wygięły. Czułam się dobrze przez całe regaty. Fizycznie byłam bardzo dobrze przygotowana. Psychicznie nastawiona na walkę! Ale wiem, czego mi w tym sezonie zabrakło. O jeden start za mało, poziom rywalizacji krajowej odbiegający od poziomu światowego, niedobory sprzętowe oraz sezon przejściowy dały tylko i aż trzynaste miejsce. Uważam, że trzeba się cieszyć, choć działacze liczą tylko na medale. Gdybym taki przywiozła, telefon byłby czerwony. A tak sobie leży na półce. W zasadzie wystarczą im suche wyniki i sprawozdanie trenera.
Z całych regat najbardziej zadowolona jestem z kursów z wiatrem, na których pokazałam, że taktycznie i technicznie jestem jedną z lepszych. Gdybym tylko na góry znak wchodziła wyżej, pewnie mogłabym się utrzymać z czołówce. Niestety po defensywnych startach, musiałam kombinować na halsówce. A tym nie dało się wiele wykombinować. Liczyła się tylko prędkość na halsie. Tej nie miałam najlepszej. W bezpośredniej walce z wyższymi zawodniczkami, wyraźnie traciłam. Wytrzymałość i siła nie pomogły.
Układ strategiczny trasy wymagał, aby wystartować od komisji, złożyć się i płynąć na layline. Trzy halse wystarczyły, aby wygrać halsówkę. Gdy trasa była ustawiona bliżej brzegu, więcej wiatru z lekką zmianą, ledwo widoczną na kompasie, faworyzował prawą stronę. Wiatr z północy wpadał bowiem do Zamkowej Zatoki, zawijał na krawędzi wysuniętego brzegu i przyspieszał po prawej stronie naszej halsówki. Jednakże, gdy trasa ustawiona dalej od brzegu, można było szukać oscylacji. W drugiej fazie regat, właśnie takie rozwiązanie wybrałam, co pozwoliło mi na mniejszy stres startowy i lepszą prędkość po starcie. Startowałam od pinu. Płynęłam do lewej, składałam się do prawej na layline. Schematy, schematy, schematy. Mój umysł bardzo się tym męczył. Lubię kiedy trzeba zrozumieć wiatr, pokłócić się z nim, pobratać. W Karatsu uwięziony był w ceremoniał.
Pod względem obyczajowym, społecznym i kulturowym wyjazd ten był najbardziej udany w moim życiu. Wróciłam z bogactwem przeżyć, które troszkę mnie zmieniły. Trochę też podsumowałam swoje sportowe życie. Za dziesięć dni jadę do Pucka na zgrupowanie i Puchar Europy. Teraz aktywnie wypocznę i będę przeżywać swoje błędy i małe sukcesy w zaciszu domowym.
Sayonara!
Strona zawodów: www.karatsu-sports.jp